blog Chmurki eu – Jak zostać pilotem samolotu?

Kurs PPL – najciekawsze elementy programu szkolenia, czyli „momenty były…”

Mija mniej więcej rok od kiedy mój kurs PPL wszedł w decydującą fazę. To znaczy po zimie, gdy latania było mało i było dość żmudne, nastała wiosna i moja lotnicza edukacja znacznie przyspieszyła. Godziny kursu leciały jak szalone w porównaniu z szarzyzną stycznia i lutego, a już w kwietniu miałem zaliczony egzamin wewnętrzny i tylko czekałem na oficjalny egzamin państwowy, aby móc potwierdzić swoje umiejętności i cieszyć się licencją pilota turystycznego.

Myślę, że nie jestem wyjątkiem twierdząc, że podczas kursu są momenty sympatyczne i żmudne, które do sympatycznych nie należą. Wiadomo, że wszystko czego doświadczamy mając po raz pierwszy styczność z lotnictwem jest niezbędne, ale krąg nadlotniskowy wykonywany po raz czterdziesty siódmy nie jest już niczym spektakularnym. Po prostu doskonalimy warsztat. Są jednak w trakcie całego, trwającego minimum 45 godzin, kursu momenty, które doskonale się pamięta, nawet po dłuższym czasie. Postaram się o nich opowiedzieć i sięgnąć pamięcią do stanu swojego umysłu w tamtych chwilach – co czułem i jakie odnosiłem wrażenia po kolejnych elementach układanki.

Dzień 1 – lot zapoznawczy

Tutaj siła wrażenia może być bardzo zróżnicowana. Jeśli latałeś wcześniej jednosilnikowym samolotem, bo masz znajomego pilota albo dostałeś w prezencie lot widokowy nad Soliną czy inną Warszawą, to wiesz czego można się spodziewać. Jeśli lecisz w dobrej pogodzie i w spokojnym powietrzu – również. Jakby ktoś pytał jak było u mnie? Turbulentnie, ponuro, po godzinie chciało mi się wymiotować, bo tak rzucało, a człowiek nieprzyzwyczajony. Nie wiedziałem czy to norma i tak już jest w małych samolotach i ja się do tego nie nadaję czy po prostu wyjątkowe okoliczności. Okazało się, że to drugie, z czego niezmiernie i niezmiennie się do tej pory cieszę 🙂

Pierwszy lot jest z pewnością warty wspomnienia, jako że wszystko dookoła jest nowe, a młody lotnik jeszcze zupełnie nieopierzony i nieświadomy tego co się dzieje wokół. Początkowo, nawet lot w poziomie bywa problemem, bo samolot zdaje się uciekać na boki, w górę i w dół, a Ty nie wiesz na których przyrządach skupić wzrok i uwagę. Po kilkudziesięciu godzinach wystarczy rzucić okiem na horyzont lub pod oba skrzydła, żeby zobaczyć czy lecimy poziomo. Szybkie spojrzenie na sześciopak też wiele mówi. A początkowo zdaje się, że brakuje Ci ze trzech rąk, pary oczu i jeszcze jednej głowy. O próbach komunikacji już nie wspominając…

Patrzysz na te wszystkie przyrządy i zastanawiasz się jak to wszystko ogarnąć… Uczucie mija po kilku/kilkunastu godzinach; fot. chmurki.eu

Pierwsze solo

Trochę już o tym pisałem w podsumowaniu roku ( http://chmurki.eu/podsumowanie-2019-lotnicze-pierwsze-razy/ ), ale przypomnę raz jeszcze. Po kilkunastu godzinach wspólnych lotów (pakiet uczeń + instruktor) następuje moment, kiedy w kokpicie zostajesz sam. Dotychczas głównie doskonaliłeś latanie po kręgu dookoła lotniska. Przed swoim pierwszym solowym lotem miałem na koncie niespełna 16 godzin. Ale jeśli chodzi o liczbę lądowań – było ich aż 95. Teraz lecisz po dobrze znanym kręgu dwa razy, a taki samodzielny lot trwa przeciętnie 12 minut. Co powoduje, że jest to tak godna zapamiętania chwila? Pewnie to, że lądowanie nie jest opcjonalne, a przymusowe i prędzej czy później musisz znaleźć się na ziemi 🙂

Ta świadomość sprawia, że wytężasz swoje zmysły i angażujesz dostępną wiedzę i umiejętności, żeby to z pozoru błahe zadanie wykonać możliwie najlepiej i tak po ludzku: nie dać się zabić. Jednak na pocieszenie masz świadomość, że skoro instruktorzy decydują się, żeby puścić Cię na solowy lot, to chyba wiedzą, że sobie poradzisz. Tak czy inaczej, dla wielu pilotów, niezależnie od liczby godzin spędzonych w powietrzu, jest to jedna z bardziej pamiętnych chwil.

Stres i obawy mieszają się z ekscytacją i poczuciem wolności. Prowadzi to do głębokich przeżyć. Niemniej, w moim przypadku raczej starałem się je stłumić i skupić na bezpiecznym wykonaniu zadania. Dlatego nie piszę jak fantastyczne jest to uczucie w końcu znaleźć się w powietrzu lecąc solo. Oczywiście, każdy przeżywa ten moment na swój sposób, a wiele przykładów można znaleźć choćby na YouTube wpisując hasło „first solo flight”. Poniżej jeden z wdzięcznych przykładów (choć ja np. podczas pierwszego solo nie poprawiałem tak często swojej fryzury 😉 )

Ślepaki

Po pierwszym samodzielnym locie przychodzi czas na… samodzielne kręgi. Czyli tłuczesz kolejne godziny doskonaląc swój lotniczy warsztat i starając się przy okazji nie rozwalić siebie i samolotu. Nie jest to nic nadzwyczajnego, na koncie masz już około 100 lądowań i kolejne nie rozpalają Twoich zmysłów. Ale jak już wylatasz kilka solowych godzinek, to następuje czas na nowy rozdział w szkoleniu i tzw. ślepaki. Zawsze nieco elektryzują, bo po żmudnych kręgach jest to intrygująca odmiana. Na czym polega?

Po pierwsze, lecisz nieco dalej niż krąg nadlotniskowy. Możesz więc zobaczyć, że istnieje życie poza najbliższą okolicą pasa startowego. Po drugie, najważniejsze: Twoja widoczność z kabiny zostaje w drastyczny sposób ograniczona, niczym przy zabawie w ciuciubabkę. Na nos wędrują okularki zawężające pole widzenia, a dodatkowo, aby ograniczyć pokusę spoglądania na horyzont, na przednią szybę wędruję mapa lub cokolwiek innego, co skutecznie odwodzi od pomysłu zerkania za okno.

Ślepaki powodują trochę obaw wśród uczniów. Szczególnie pierwsza lekcja, bo jest to swoisty strach przed nieznanym. Ale nie są one czymś bardzo trudnym. Akurat mi szło całkiem przyzwoicie, szybko ogarnąłem temat i całkiem dobrze wspominam godziny spędzone na różnych ćwiczeniach podczas tej części szkolenia.

O co chodzi? O imitację lotów z ograniczoną widzialnością, czyli najprościej mówiąc: w chmurach. Wlatując w chmurę zaczyna brakować punktów odniesienia, błędnik wariuje i podpowiada zupełnie co innego, a wtedy trzeba zaufać przyrządom. Bardzo łatwo znaleźć się np. w głębokim, 45-stopniowym zakręcie, podczas gdy Tobie wydaje się, że lecisz idealnie poziomo. Mimo, że parogodzinna sesja ślepaków nie uprawnia do lotów IFR (czyli, najprościej mówiąc, w chmurach), to imituje i uczy jak zachować się w przypadkach nagłego załamania pogody. Rzecz przydatna, a dodatkowo budząca wiele emocji, bo przecież nie do końca wiesz „jak to w tych śmiesznych okularkach będzie”.

A co do samych okularów, to można w necie znaleźć kilka przykładów… Mój ośrodek szkolenia ma na stanie akurat całkiem „klasyczne”, firmy Jeppesen, które można znaleźć tutaj: https://sklep.plar.pl/pl/p/Okulary-JeppShades-IFR/45 ale widziałem kilka samoróbek, które zasługują na pochwałę kreatywności 🙂

autor bloga aviate.pl w trakcie swoich ślepaków; fot. aviate.pl

Część nawigacyjna

Chciałoby się krzyknąć: wreszcie! Koniec wielu godzin żmudnych kręgów, wymagających skupienia ślepaków, i kilku nudnych lotów solo do okolicznej strefy, gdzie w zasadzie nic nie możesz zrobić i tylko latasz od punktu A do B. Przychodzi czas, kiedy dostajesz to, co w lataniu VFR jest najpiękniejsze. Planujesz trasy, oglądasz świat z góry, odwiedzasz nowe miejsca.

Część poświęcona nawigacji wcale nie jest sielanką – wciąż uczysz się nowych rzeczy, a jak dobrze idzie, to poprzeczka wędruję w górę. Dobrze nawigujesz? To na kolejny lot zaplanuj trasę do Wólki Wielkiej… A nie, czekaj… Skoro Wielka, to będzie ją za łatwo znaleźć. Zaplanuj do Małej 🙂 Niemniej jednak w całość składa Ci się wiele kwestii, które wciąż wymagają doskonalenia, ale wychodzą coraz lepiej. Co w ogólnym rozrachunku sprawia, że latanie staje się jeszcze przyjemniejsze.

Zależnie od Twojego instruktora możesz zaplanować przelot w jakieś ciekawe rejony, polecieć nad rodzinne okolice, zobaczyć atrakcje okolicy z powietrza. Nie muszę chyba tłumaczyć, dlatego ten fragment kursu PPL należy do najprzyjemniejszych…

Poznawanie świata z góry to niewątpliwie najfajniejsza część szkolenia; fot. chmurki.eu

Egzamin wewnętrzny oraz urzędowy

Od momentu mini-egzaminu przed pierwszym samodzielnym lotem jesteś przyzwyczajany do ciągłego egzaminowania. I dobrze, bo w dużym lotnictwie też będziesz ciągle sprawdzany – najpierw na rekrutacji, potem na symulatorze co pół roku, a może i w jeszcze innych sytuacjach. Tymczasem, nadszedł czas kiedy szkolenie podstawowe zmierza ku końcowi i ostatnią przeszkodą przed egzaminem urzędowym jest egzamin wewnętrzny. Jest to poniekąd imitacja tego ważniejszego, egzaminu „państwowego”, ale w wersji full. To znaczy, na egzaminie LKE (Lotniczej Komisji Egzaminacyjnej) będziesz miał kilka elementów do zaprezentowania, a na wewnętrznym pewnie kilkanaście. Sytuacje awaryjne, poprawne podejścia, wyprowadzanie samolotu z nienormalnych położeń, itd. – to wszystko musisz zaprezentować swojemu instruktorowi, aby przekonać go, że to już jest ten moment, w którym nie zbłaźnisz się przed egzaminatorem z urzędu i nie potrzebujesz wylatać jeszcze kilku dodatkowych godzin na kursie.

A sam egzamin urzędowy? Według mnie jak potrafisz w miarę przyzwoicie latać (jak można powiedzieć, że ktoś przyzwoicie lata po 45 godzinach? 😉 ), to nie masz się czym stresować. Zdawalność jest dość wysoka, egzaminatorzy wyrozumiali i dbający o dobrą atmosferę podczas egzaminu. Czy wszyscy? Nie wiem, ale w moim przypadku tak właśnie było. Dlatego był to pamiętny, ale bardzo przyjemny dzień, kiedy protokół egzaminacyjny został opatrzony podpisem i adnotacją „ZDANY”.

I jeszcze coś, czyli odbiór licencji

Wprawdzie nie jest to już częścią kursu, ale jego efektem, natomiast nie sposób nie wspomnieć o radosnym oczekiwaniu na swoją pierwszą licencję wydaną przez Urząd Lotnictwa Cywilnego. Po złożeniu wniosku Urząd ma 30 dni na wydanie licencji, a Ty już przebierasz z nóżki na nóżkę i liczysz, że może w Twoim przypadku uda się te 30 dni skrócić choćby o kilka. Wszystko po to, żeby móc sobie w końcu polatać. Po otrzymaniu tego jakże ważnego skrawka papieru można dumnie (i nieco naiwnie) stwierdzić „jestem pilotem” i doskonalić swój pilotaż. A to doskonalenie praktycznie nigdy się nie kończy 😉

Około miesiąc po egzaminie można cieszyć się posiadaniem swojej pierwszej lotniczej licencji; fot. chmurki.eu

Jeśli jesteś już po swojej PPL-ce lub w jej trakcie, zostaw komentarz i napisz co Tobie najbardziej utkwiło w pamięci podczas kursu. Jeśli natomiast dopiero planujesz kurs, może chciałbyś żebym szerzej opowiedział o jakimś aspekcie szkolenia? Też napisz. A jeśli nie robiłeś i nie planujesz się szkolić, ale dobrze Ci się czytało, też napisz… Czytanie komentarzy naprawdę motywuje do prowadzenia bloga 😉

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

%d bloggers like this: