blog Chmurki eu – Jak zostać pilotem samolotu?

Kurs MCC – część praktyczna

Po raz kolejny trzeba uderzyć się w pierś. Kurs MCC już dawno skończony. Nawet w poprzednim artykule pisałem, że kolejny wpis pojawi się na przełomie maja i czerwca. Tymczasem minęło znacznie więcej czasu, a na blogu cisza. Z różnych względów, ale głównie dlatego, że działo się bardzo, bardzo dużo 🙂

Niemniej, żeby zachować kolejność wydarzeń i uporządkować je chronologicznie, muszę wspomnieć o tym co ciekawego działo się podczas praktycznego szkolenia MCC (czyli współpracy w załodze wieloosobowej). A działo się sporo!

Jeśli nie przeczytał-eś/-aś mojego artykułu o części teoretycznej, to serdecznie do tego zachęcam zanim przejdziesz do kolejnego akapitu. Będzie to dobry wstęp do zrozumienia tego, z czym trzeba się zmierzyć w praktyce. Jest tam też sporo informacji o kosztach, strukturze kursu, ośrodku szkolenia i o tym, dlaczego wybrałem akurat to miejsce.

Po kliknięciu w ten link, przeniesiesz się do poprzedniego artykułu.

Nowość, czyli musimy się nauczyć latać w załodze wieloosobowej

Do tej pory latałem samolotami, które do „obsługi” wymagały tylko jednego pilota. To znaczy, czasem fajnie było uzyskać pomoc czy podpowiedź z drugiego fotela, ale nie było to konieczne. Generalnie jednoosobowa załoga to zupełnie inna bajka niż pilotaż bardziej złożonego samolotu przeznaczonego dla załogi wieloosobowej.

Oznacza to przede wszystkim, że przez kurs przechodzimy w parach. Jeśli zgłosiliśmy się z kimś znajomym, to sprawa jest prosta. W innym przypadku pozostaje nam się dogadać się z kimś, kto wydaje nam się rzetelnym partnerem 🙂

Moje podejście do tego kursu było jednoznaczne. Nie chciałem się przez niego „prześlizgnąć”. Chciałem wyciągnąć jak najwięcej.

I to samo od razu powiedziałem mojemu kursowemu koledze, Mateuszowi. Że dołożę wszelkich starań, żeby na każde zajęcia przyjść dobrze przygotowanym i oczekiwałbym od niego, że zrobi to samo 🙂

Jak się później okazało, to na pierwszych sesjach Mateusz był lepiej przygotowany ode mnie, bo często brakowało mi czasu, żeby niektóre detale zapamiętać.

Tu kłania się przewaga bycia singlem vs. mężem i ojcem dwójki dzieci :)) Pod koniec kursu jednak wyrównałem poziom, więc myślę, że ostatecznie się nie gniewa 😉

 

kurs mcc
Do rozpoczęcia części praktycznej trzeba przyswoić sporo teorii. Przede wszystkim rozmieszczenie „guziczków” w kokpicie, zrozumienie systemów samolotu i nauczenie się procedur; fot. chmurki.eu

Ten Trzeci

Trzeci, ale w zasadzie najważniejszy. Mowa o naszym instruktorze. Młody, bystry, wesoły i otwarty. Takie było moje pierwsze wrażenie 🙂 Po kolejnych sesjach utwierdzałem się w przekonaniu, że przydzielono nam dobrego instruktora. Rzekłbym, że naprawdę trzymał fajny poziom.

I to nie tylko jako fachowiec latający na co dzień Dreamlinerem. Przede wszystkim jako osoba, na której pomoc i podpowiedzi zawsze można liczyć. W dodatku sympatyczny, nie nadęty czy zapyziały. Może to krzywdzące dla naszego rodzimego środowiska, ale rzekłbym, że trafił nam się instruktor prezentujący raczej europejskie standardy.

To sprawiło, że kurs przebiegał szybko, sprawnie i w dobrej atmosferze. W końcu przecież o tę atmosferę i dobrą współpracę chodzi podczas kursu MCC.

Pięć sesji

Każda sesja składała się z czterech godzin, z krótką przerwą mniej więcej w połowie. Dwie godziny spędzałem jako pilot lecący, dwie jako pilot monitorujący. Oczywiście, obu tych funkcji należy się porządnie nauczyć, niezależnie czy jesteśmy kapitanem czy pierwszym oficerem. Czasami PM (pilot monitorujący) ma dużo więcej zadań niż partner w kokpicie.

Pierwsza sesja to było trochę jak błądzenie we mgle. Uczyliśmy się symulatora, zrozumienia systemów, zdarzało się zapomnieć co i w jakiej kolejności należy zrobić. Dlatego zawsze pierwsza sesja kursu MCC to tzw. procedury normalne, czyli możliwie najłatwiejszy temat do „przerobienia”.

Druga sesja w naszym przypadku opierała się na tej poprzedniej, do tego instruktor dołożył przerwane starty i odejścia na drugi krąg, czyli tzw. go-around. Procedurę GA wykonuje się w przypadku, gdy podczas podejścia do lądowania z jakichś przyczyn bezpieczne lądowanie może być niemożliwe.

Dotyczy to zarówno sytuacji na ziemi: inny samolot pojawia się na pasie, wjeżdża na niego jakiś samochód obsługi, itd. Ale również sytuacji w powietrzu: niestabilne podejście (odejście od ścieżki podejścia do lądowania, zjawiska atmosferyczne, np. windshear, czyli uskok wiatru).

Czyli jeszcze na dobre nie ogarnąłem jak poprawnie się tym ustrojstwem lata, a już zostały dołożone nowe „atrakcje” 🙂

 

kurs mcc
Zwykle lata się bez widoczności. Nie to co za oknem jest najważniejsze, a to co na przyrządach… fot. chmurki.eu

Od połowy kurs nabiera prawdziwych rumieńców 🙂

Sesja nr trzy i cztery to jeszcze więcej wrażeń. Bo oprócz wyżej wymienionych, dochodziły np. awarie silnika przy uruchamianiu i w locie, procedury w przypadku pożaru, dekompresja kabiny, itp. Słowem, wszystko co najgorsze może się przytrafić w realnym życiu.

Choć przytrafia się to niezwykle rzadko, to piloci cały czas muszą takie zachowania ćwiczyć i w razie potrzeby bezbłędnie przeprowadzić. A jak szło za dobrze, to nagle pojawiała się kolejna usterka, żeby zbyt nudno nie było 😉

Piąte, ostatnie spotkanie… Było to niejako sprawdzenie i podsumowanie wszystkiego, czego zdołaliśmy się nauczyć. Teraz przyszedł czas na wykorzystanie tych umiejętności w praktyce.

Do wykonania mieliśmy pełny lot z punktu A do punktu B z magicznie skróconą częścią na tzw. wysokości przelotowej, gdzie w zasadzie niewiele się dzieje. Bo najwięcej „do roboty” piloci mają podczas startu i wznoszenia, a następnie podczas zniżania, podejścia do lądowania i samego lądowania.

Podsumowanie

Jeśli chodzi o samą frajdę z latania, to u mnie jest na niezmiennie wysokim poziomie. Mimo, że to „tylko” symulator, to jednak realnie odwzorowuje nasze działanie i można założyć, że ma to wiele wspólnego z lataniem 🙂

Pierwsze kilka godzin nie było najłatwiejsze, ale w trakcie trwania kolejnych sesji było już tylko lepiej. Wiedza i umiejętności pozwalały cieszyć się ze sprawnie wykonanych zadań i chciało się więcej 🙂 Niestety, 20 godzin musiało nam wystarczyć.

Szkolenie nie kończy się egzaminem państwowym. Jest po prostu do zaliczenia i o tym czy wspomniane pięć sesji do tego wystarcza, decyduje nasz instruktor. Nam obu się „udało” i chyba tak się zdarza w większości przypadków.

Kurs MCC jest dla osób, które decydują się na latanie w liniach lotniczych, więc zdecydowana większość jego uczestników jest odpowiednio zmotywowana, żeby na tym szkoleniu wypaść jak najlepiej. Osobiście nie wyobrażam sobie innej postawy. Choć pewnie zdarzają się jednostki, które mają inne zdanie i inne podejście do przejścia tego kursu.

Według mnie jednak warto się solidnie przyłożyć do zrozumienia mechaniki lotu samolotem odrzutowym (o tym więcej na kursie JOC), automatyki samolotu i poszczególnych procedur.

Potem nie będziemy mieć już wiele okazji do takich ćwiczeń, a kolejną może okazać się tzw. sim assessment podczas rozmowy o pracę. Logiczne jest, że wtedy na naukę będzie już za późno 😉

2 thoughts on “Kurs MCC – część praktyczna

  1. Śledzę Cię właściwie od początku przygody z teorią ATPLa i zawsze zaglądam tu z dużym uśmiechem. Nasuwa mi się takie pytanie – od zakończenia teorii w ULCu już minęło chwilę czasu, jestem ciekaw jak oceniasz ten etap „po”. Czy naprawdę jest trochę bardziej z górki?

    Pytam dlatego, że widząc wszystko co „po” teorii ATPLa, mam wrażenie, że robisz tam kawał roboty. Obecnie sam jestem w trakcie teorii ATPLa, właściwie już prawie na finiszu, zostały mi 2 przedmioty do zdania i planuję zdać je we wrześniu. I wiesz to już ten etap kiedy z jednej strony widzisz światło w tunelu ale z drugiej po pierwsze jesteś już tak zmęczony, że każdy poranek z książkami, notatkami i pytania to jazda na finalnej rezerwie, a po drugie masz wrażenie, że od dawna „latasz” już tylko na papierze bo 95% czasu inwestujesz w naukę i siadanie za sterami odbywa się tylko od święta..

    Zastanawiam się tak zwyczajnie czy po zakończeniu teorii i wszystkim co dalej jest bardziej z górki czy cały ten proces to już nieustanna walka 😉 Sam to przeszedłeś to zapewne wiesz co mam na myśli 😉

    1. Cześć 🙂 Dzięki za komentarz i za odwiedzanie strony, szczególnie że z uśmiechem 🙂

      Po kolei… Ostatnie dwa przedmioty w ramach egzaminów ATPL to rzeczywiście już moment, kiedy jest się zajechanym i nie myśli się o niczym innym jak tylko o zdaniu wszystkiego, wywaleniu książek do kąta i jeszcze spaleniu notatek 🙂 Ale… notatki na pewno później się przydają. Postrzeganie stopnia trudności i ilość wyrzeczeń jaka się z tym wiąże, tak naprawdę zależy jaką kto idzie drogą. Jeśli u Ciebie jest podobna do mojej, czyli najpierw teoria ATPL, a potem reszta kursów, to cała zabawa dopiero się zacznie. I nauki będzie sporo. Szczególnie jeśli chodzi o latanie IR i potem w trakcie MCC, jest ponownie dużo informacji do przyswojenia. Niby część rzeczy była na ATPLu, ale dopiero zaczynasz rozumieć po co się tego uczyłeś i przerabiasz te tematy w praktyce. A to zupełnie inna bajka.

      Czy po egzaminach jest z górki? Wszystko zależy od okoliczności, czyli z grubsza, od Twoich pozostałych obowiązków. Jeśli nie masz ich dużo i skupiasz się na lataniu, uczeniu się, rozwijaniu umiejętności, to jest to super-przyjemny etap. Jeśli oprócz rozwoju lotniczego musisz zadbać o wiele innych spraw dookoła, to jest ciężko. Według mnie nie jest z górki, choć tak wcześniej myślałem – zupełnie błędnie. Niemniej, jest przyjemnie, bo zaczyna Ci się wszystko łączyć w całość i zaczynasz rozumieć jak wygląda „poważne” i bezpieczne latanie 🙂 Proporcje (może poza budową nalotu) są cały czas podobne, tj. sporo czasu poświęcasz na przygotowanie się do latania, naukę teorii, itd., a relatywnie mniej na latanie samo w sobie. Ale tak jak piszę, tworzy się fajna, spójna całość i dzięki temu nie jest to ani złe, ani ciężkie. Dodatkowo, zaczynasz coraz lepiej latać – w lataniu IR wymagana jest precyzja, więc siłą rzeczy doskonalisz bardzo ważne aspekty pilotażu. A jak widać efekty, to i odczuwalne zmęczenie jest dużo mniejsze 🙂

      Pozdrawiam i powodzenia życzę we wrześniu! Napisz jak poszło gdy już będziesz po wszystkim 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

%d bloggers like this: